Wiara w topielce była na ziemiach polskich powszechna aż do pierwszych dekad po drugiej wojnie światowej. Etnografowie zanotowali kilkaset przekazów o samym tylko topielcu i topielicy. Nazwy demonów zmieniały się jednak co kilkadziesiąt kilometrów. Na Śląsku mówiono o utopcach i wasermanach, na Podlasiu o rusałkach wodnych i bogunkach, gdzie indziej o topnikach, płynnikach, potopielcach, wirnikach albo o wodnych ludziach.
Gdzie mieszkał demon
Najciekawsze w tych opowieściach jest to, gdzie ludowa wyobraźnia umieszczała demona. Na siedziby wybierał on miejsca leżące na samym dnie albo szczególnie niebezpieczne dla człowieka: ujścia rzek, głębie, zakręty rzek i wiry. Spotykało się go przy mostach i pod nimi, w sąsiedztwie młynów wodnych, w studniach, podmokłych rowach i na moczarach. Kajakarz czytający tę listę rozpozna ją bez trudu, bo to spis miejsc, w których i dziś woda bywa nieprzewidywalna.
Był jeszcze jeden znak rozpoznawczy siedziby topielca: miejsca te nigdy nie zamarzały. Zimą, kiedy staw był skuty lodem, jedna plama zostawała czarna i nie zamarzała. Dla dawnego mieszkańca wsi to był znak obecności demona. Dzisiaj dla nas to świadectwo, że pod spodem pracuje nurt albo bije źródło, a lód w tym miejscu jest cienki.
Kiedy był najgroźniejszy
Właściwą porą działania topielca była noc, a zwłaszcza północ. Poza tym miał wielką moc w południe. Ludowe opowieści przestrzegały przed kąpielą w rzece lub stawie, gdy słońce jest wysoko na niebie. Jeśli wziąć pod uwagę sezonowość, najniebezpieczniejsze były jesień i wiosna. Wierzono też, że do dnia świętego Jana, czyli do 24 czerwca, demon musi utopić przynajmniej jedną osobę, a na Śląsku – trzy.
Ten kalendarz odzwierciedla całkiem zwyczajne zjawisko fizyczne. Wiosną i jesienią różnica między ciepłym powietrzem a zimną wodą jest największa, a południe to pora, kiedy najchętniej wchodzi się do wody, np. z powodu upału. Wtedy też organizm człowieka jest najbardziej rozgrzany – zwłaszcza, jeśli ludzie musieli ciężko pracować fizycznie na roli, co było powszechne na dawnej wsi. Ludowa demonologia nie znała słowa hipotermia, ale wskazywała, kiedy woda najczęściej zabiera ludzi.
Skąd się wziął
W podaniach utopcami stawali się ludzie, którzy zginęli w wodzie. Wierzono, że demon może zakończyć swoją egzystencję, jeśli utopi kogoś w swoje miejsce, znajdując sobie zastępstwo. Ta groźna arytmetyka miała jednak wyjątki. W okolicach Pińczowa zapisano opowieść o wezbranej Nidzie i topiku, który wziął na ramiona chłopa niemogącego się przeprawić i przeniósł go na drugi brzeg. Ta sama Nida płynie tam do dziś, a jej dwie rzeki źródłowe, Biała i Czarna, są dziś szlakami kajakowymi.
Badacze zwracają uwagę na jeszcze jedną cechę rodzimych opowieści: polskie utopce były grupą wybitnie zmaskulinizowaną, inaczej niż na wschodzie i południu Słowiańszczyzny, gdzie w folklorze przeważają demony żeńskie. Wodnik z polskich podań to najczęściej mężczyzna, czasem dziecko albo starzec, rozpoznawalny po mokrym lewym troku sukmany, z którego dałoby się wykręcić wodę.
Czym się zajmował
Zapisy etnograficzne poświęcają zaskakująco dużo miejsca codzienności demona. W księżycowe noce topielec grzał się przy księżycu, iskał się i szył buty – i to buty bardzo trwałe, pasujące na każdą nogę; przy pracy podśpiewywał sobie rymowanki, a kiedy chmura zasłaniała mu światło, skarżył się na nią. Miał żonę, dzieci i podwodny dom, a często również kolekcję glinianych garnków.
Do ludzi odnosił się różnie, zależnie od tego, jak oni odnosili się do niego. Płatał figle: rozrzucał kopki siana, plątał sieci na ryby, podkradał buty i rozganiał stada. Karał tych, którzy przeklinali nad wodą, spluwali w nią albo głośno oznajmiali, że w niego nie wierzą. Ale w wielu opowieściach pożyczał pieniądze człowiekowi w kłopotach, pomagał przy pracy we młynie, bywał ojcem chrzestnym dziecka z bardzo biednej rodziny. Demon wodny był w tych historiach sąsiadem, z którym trzeba było się jakoś ułożyć.
Kobiety-demony
Żeński odpowiednik miał inne imiona: boginka, mamuna, dziwożona. Mieszkała na bagnach i nad rzekami, gdzie prała ubrania. Odgłos uderzania kijankami o płótno oznaczał, że demon jest blisko, i uchodził za ostrzeżenie przed spotkaniem. Boginki opisywano dwojako, jako piękne kobiety w bieli albo jako chude, kudłate baby, a w wielu przekazach z czasem miały przestać szkodzić albo zniknąć. Najbardziej znane polskie panny wodne to nimfy z jeziora Świteź, które Adam Mickiewicz opisał w zbiorze Ballady i romanse z 1822 roku. Samo jezioro leży dziś na Białorusi, dwadzieścia kilometrów od Nowogródka i ma nieco ponad dwa kilometry kwadratowe powierzchni. Legenda, do której nawiązywał poeta, mówi, że na jego miejscu stało kiedyś miasto.
Miasta pod wodą
Drugi wielki wątek polskich opowieści o wodzie to zapadłe karczmy i zatopione dzwony. Te opowieści mają podobną konstrukcję: najpierw była wina, czyli niewłaściwe zachowanie ludzi, potem kara, czyli zapadnięcie się albo zalanie miejsca ich zamieszkania. Ktoś rzucił klątwę w progu kościoła, ktoś nie nakarmił żebraka, ktoś zachował się nieprzyzwoicie w czasie odpustu. Takim zachowaniem ściągał zagładę na całą miejscowość.
Takie opowieści miały konkretne zadanie. Tłumaczyły kształt jeziora albo nazwę miejsca, czyli robiły to, co dziś robi geologia: wyjaśniały krajobraz. Dowodem autentyczności miały być zeznania świadków i lokalne osobliwości terenu, wśród których ważną rolę często odgrywał dźwięk, np. dźwięk dzwonu. Dzwony najczęściej odzywały się z dna o północy, w czasie odpustu albo w wigilię świętego Jana, gdy przychodziła pora mszy.
Próby wydobycia dzwonu kończą się w tych opowieściach niemal zawsze tak samo. Ratujący wypuszcza z rąk sznur albo odwraca się wbrew zakazowi i wszystko przepada. W jednym z pomorskich wariantów kobieta sięga po najmniejszy dzwon, bo największy wydaje jej się za ciężki, a wtedy słyszy od największego, że gdyby wybrała jego, poszedłby lekko jak piórko i pociągnął za sobą pozostałe.
Koniec opowieści
Jedna z najbardziej znanych postaci demonologii ludowej niemal zniknęła z pamięci. Utopce przetrwały głównie w nazwach miejsc, śląskich figurkach i słownikach gwarowych. Mapa, którą wyznaczały dawne opowieści, wciąż jednak pozostaje zaskakująco aktualna – prowadzi przez ujścia, wiry, głębie, okolice mostów i jazów oraz miejsca, gdzie zimą nie tworzy się lód. Dziś te same miejsca rozpoznajemy już nie dzięki legendom, lecz dzięki wiedzy o rzece i jej hydrologii oraz dzięki znakom ostrzegawczym lub informacyjnym.
Dawne sposoby ochrony przed topielcem trudno dziś traktować dosłownie: żelazo, poświęcone przedmioty czy przeżegnanie się przed wejściem do wody należą już do świata wierzeń. Ich miejsce zajęły wiedza o rzece, sprawdzanie stanu wody, kamizelka asekuracyjna i unikanie niebezpiecznych miejsc, zwłaszcza w pobliżu jazów i innych budowli hydrotechnicznych. Same opowieści pozostały jednak cennym świadectwem tego, jak przez stulecia uczono szacunku do wody.