fot. Krzysztof Popławski (CC BY-SA 4.0)

Topielce, utopce i panny wodne

Zanim na rzekach pojawiły się wodowskazy i tablice ostrzegawcze, ludzie opowiadali o topielcach, utopcach i wasermanach. Pod różnymi nazwami kryła się ta sama przestroga – niektóre miejsca nad wodą od wieków budziły respekt.

6 min czytania

Wiara w topielce była na ziemiach polskich powszechna aż do pierwszych dekad po drugiej wojnie światowej. Etnografowie zanotowali kilkaset przekazów o samym tylko topielcu i topielicy. Nazwy demonów zmieniały się jednak co kilkadziesiąt kilometrów. Na Śląsku mówiono o utopcach i wasermanach, na Podlasiu o rusałkach wodnych i bogunkach, gdzie indziej o topnikach, płynnikach, potopielcach, wirnikach albo o wodnych ludziach.

Gdzie mieszkał demon

Najciekawsze w tych opowieściach jest to, gdzie ludowa wyobraźnia umieszczała demona. Na siedziby wybierał on miejsca leżące na samym dnie albo szczególnie niebezpieczne dla człowieka: ujścia rzek, głębie, zakręty rzek i wiry. Spotykało się go przy mostach i pod nimi, w sąsiedztwie młynów wodnych, w studniach, podmokłych rowach i na moczarach. Kajakarz czytający tę listę rozpozna ją bez trudu, bo to spis miejsc, w których i dziś woda bywa nieprzewidywalna.

Był jeszcze jeden znak rozpoznawczy siedziby topielca: miejsca te nigdy nie zamarzały. Zimą, kiedy staw był skuty lodem, jedna plama zostawała czarna i nie zamarzała. Dla dawnego mieszkańca wsi to był znak obecności demona. Dzisiaj dla nas to świadectwo, że pod spodem pracuje nurt albo bije źródło, a lód w tym miejscu jest cienki.

Kiedy był najgroźniejszy

Właściwą porą działania topielca była noc, a zwłaszcza północ. Poza tym miał wielką moc w południe. Ludowe opowieści przestrzegały przed kąpielą w rzece lub stawie, gdy słońce jest wysoko na niebie. Jeśli wziąć pod uwagę sezonowość, najniebezpieczniejsze były jesień i wiosna. Wierzono też, że do dnia świętego Jana, czyli do 24 czerwca, demon musi utopić przynajmniej jedną osobę, a na Śląsku – trzy.

Ten kalendarz odzwierciedla całkiem zwyczajne zjawisko fizyczne. Wiosną i jesienią różnica między ciepłym powietrzem a zimną wodą jest największa, a południe to pora, kiedy najchętniej wchodzi się do wody, np. z powodu upału. Wtedy też organizm człowieka jest najbardziej rozgrzany – zwłaszcza, jeśli ludzie musieli ciężko pracować fizycznie na roli, co było powszechne na dawnej wsi. Ludowa demonologia nie znała słowa hipotermia, ale wskazywała, kiedy woda najczęściej zabiera ludzi.

Skąd się wziął

W podaniach utopcami stawali się ludzie, którzy zginęli w wodzie. Wierzono, że demon może zakończyć swoją egzystencję, jeśli utopi kogoś w swoje miejsce, znajdując sobie zastępstwo. Ta groźna arytmetyka miała jednak wyjątki. W okolicach Pińczowa zapisano opowieść o wezbranej Nidzie i topiku, który wziął na ramiona chłopa niemogącego się przeprawić i przeniósł go na drugi brzeg. Ta sama Nida płynie tam do dziś, a jej dwie rzeki źródłowe, Biała i Czarna, są dziś szlakami kajakowymi.

Badacze zwracają uwagę na jeszcze jedną cechę rodzimych opowieści: polskie utopce były grupą wybitnie zmaskulinizowaną, inaczej niż na wschodzie i południu Słowiańszczyzny, gdzie w folklorze przeważają demony żeńskie. Wodnik z polskich podań to najczęściej mężczyzna, czasem dziecko albo starzec, rozpoznawalny po mokrym lewym troku sukmany, z którego dałoby się wykręcić wodę.

Czym się zajmował

Zapisy etnograficzne poświęcają zaskakująco dużo miejsca codzienności demona. W księżycowe noce topielec grzał się przy księżycu, iskał się i szył buty – i to buty bardzo trwałe, pasujące na każdą nogę; przy pracy podśpiewywał sobie rymowanki, a kiedy chmura zasłaniała mu światło, skarżył się na nią. Miał żonę, dzieci i podwodny dom, a często również kolekcję glinianych garnków.

Do ludzi odnosił się różnie, zależnie od tego, jak oni odnosili się do niego. Płatał figle: rozrzucał kopki siana, plątał sieci na ryby, podkradał buty i rozganiał stada. Karał tych, którzy przeklinali nad wodą, spluwali w nią albo głośno oznajmiali, że w niego nie wierzą. Ale w wielu opowieściach pożyczał pieniądze człowiekowi w kłopotach, pomagał przy pracy we młynie, bywał ojcem chrzestnym dziecka z bardzo biednej rodziny. Demon wodny był w tych historiach sąsiadem, z którym trzeba było się jakoś ułożyć.

Kobiety-demony

Żeński odpowiednik miał inne imiona: boginka, mamuna, dziwożona. Mieszkała na bagnach i nad rzekami, gdzie prała ubrania. Odgłos uderzania kijankami o płótno oznaczał, że demon jest blisko, i uchodził za ostrzeżenie przed spotkaniem. Boginki opisywano dwojako, jako piękne kobiety w bieli albo jako chude, kudłate baby, a w wielu przekazach z czasem miały przestać szkodzić albo zniknąć. Najbardziej znane polskie panny wodne to nimfy z jeziora Świteź, które Adam Mickiewicz opisał w zbiorze Ballady i romanse z 1822 roku. Samo jezioro leży dziś na Białorusi, dwadzieścia kilometrów od Nowogródka i ma nieco ponad dwa kilometry kwadratowe powierzchni. Legenda, do której nawiązywał poeta, mówi, że na jego miejscu stało kiedyś miasto.

Miasta pod wodą

Drugi wielki wątek polskich opowieści o wodzie to zapadłe karczmy i zatopione dzwony. Te opowieści mają podobną konstrukcję: najpierw była wina, czyli niewłaściwe zachowanie ludzi, potem kara, czyli zapadnięcie się albo zalanie miejsca ich zamieszkania. Ktoś rzucił klątwę w progu kościoła, ktoś nie nakarmił żebraka, ktoś zachował się nieprzyzwoicie w czasie odpustu. Takim zachowaniem ściągał zagładę na całą miejscowość.

Takie opowieści miały konkretne zadanie. Tłumaczyły kształt jeziora albo nazwę miejsca, czyli robiły to, co dziś robi geologia: wyjaśniały krajobraz. Dowodem autentyczności miały być zeznania świadków i lokalne osobliwości terenu, wśród których ważną rolę często odgrywał dźwięk, np. dźwięk dzwonu. Dzwony najczęściej odzywały się z dna o północy, w czasie odpustu albo w wigilię świętego Jana, gdy przychodziła pora mszy.

Próby wydobycia dzwonu kończą się w tych opowieściach niemal zawsze tak samo. Ratujący wypuszcza z rąk sznur albo odwraca się wbrew zakazowi i wszystko przepada. W jednym z pomorskich wariantów kobieta sięga po najmniejszy dzwon, bo największy wydaje jej się za ciężki, a wtedy słyszy od największego, że gdyby wybrała jego, poszedłby lekko jak piórko i pociągnął za sobą pozostałe.

Koniec opowieści

Jedna z najbardziej znanych postaci demonologii ludowej niemal zniknęła z pamięci. Utopce przetrwały głównie w nazwach miejsc, śląskich figurkach i słownikach gwarowych. Mapa, którą wyznaczały dawne opowieści, wciąż jednak pozostaje zaskakująco aktualna – prowadzi przez ujścia, wiry, głębie, okolice mostów i jazów oraz miejsca, gdzie zimą nie tworzy się lód. Dziś te same miejsca rozpoznajemy już nie dzięki legendom, lecz dzięki wiedzy o rzece i jej hydrologii oraz dzięki znakom ostrzegawczym lub informacyjnym.

Dawne sposoby ochrony przed topielcem trudno dziś traktować dosłownie: żelazo, poświęcone przedmioty czy przeżegnanie się przed wejściem do wody należą już do świata wierzeń. Ich miejsce zajęły wiedza o rzece, sprawdzanie stanu wody, kamizelka asekuracyjna i unikanie niebezpiecznych miejsc, zwłaszcza w pobliżu jazów i innych budowli hydrotechnicznych. Same opowieści pozostały jednak cennym świadectwem tego, jak przez stulecia uczono szacunku do wody.

Najczęstsze pytania o legendy polskich wód:

Kim był topielec w polskich wierzeniach ludowych?
Demonem wodnym, w którego wierzono powszechnie na ziemiach polskich aż do pierwszych dekad po drugiej wojnie światowej. Według podań utopcami stawali się ludzie, którzy zginęli w wodzie, a demon mógł zakończyć swoją egzystencję, jeśli utopił kogoś w swoje miejsce. Bywał też przedstawiany jako istota pomagająca ludziom, którzy go nie zaczepiali.
Czym różni się topielec od utopca?
To ta sama postać pod różnymi nazwami. Regionalnie mówiono utopiec, utopek, topnik, topiec, waserman, płynnik czy potopielec. Na Śląsku najczęściej używano słowa utopek, na Podlasiu mówiono o rusałkach wodnych i bogunkach.
Gdzie według legend mieszkały demony wodne?
W miejscach niebezpiecznych dla człowieka: przy ujściach rzek, w głębiach, wirach i na zakrętach, pod mostami, w sąsiedztwie młynów wodnych, w studniach i na moczarach. Wierzono też, że siedziby topielca nigdy nie zamarzają, co dziś tłumaczy się prądem wody albo źródłem pod powierzchnią.
Skąd wzięły się legendy o zatopionych dzwonach?
To jedne z najpopularniejszych polskich podań lokalnych, w katalogu bajek oznaczone jako T 7070 i T 7071. Ich schemat to wina, czyli niewłaściwe zachowanie ludzi, i kara, czyli zapadnięcie się albo zalanie miejsca. Wyjaśniały nietypowy kształt jeziora lub pochodzenie nazwy, a dźwięk dzwonów z dna miał być dowodem, że wydarzenie było prawdziwe.
Kim są świtezianki?
Legendarnymi nimfami wodnymi z jeziora Świteź, które leży dziś na Białorusi, dwadzieścia kilometrów od Nowogródka. Rozsławiła je ballada Adama Mickiewicza opublikowana w zbiorze Ballady i romanse w 1822 roku. Sama legenda mówi, że na miejscu jeziora stało kiedyś miasto.
Czy w Polsce nadal opowiada się o topielcach?
Coraz rzadziej. Badacze zwracają uwagę, że jedna z najpopularniejszych postaci polskiej demonologii ludowej w ciągu ostatniego półwiecza niemal całkowicie popadła w zapomnienie. Zostały nazwy miejsc, lokalne figurki i zapisy etnograficzne z XIX i początku XX wieku.

Lubisz odkrywać nowe miejsca?

Zamów newsletter, a raz lub dwa razy w miesiącu dostaniesz na maila Magazyn Stan Wody, pełen opowieści i inspiracji.