Latem 2009 roku sześćdziesięciodwuletni Aleksander Doba wsiadł do składanego kajaka i po czterdziestu jeden dniach zamknął pętlę wokół Bajkału, najgłębszego jeziora świata. Przepłynął wzdłuż jego brzegów prawie dwa tysiące kilometrów i był pierwszym Polakiem, który tego dokonał. Dla większości ludzi taka wyprawa byłaby dziełem życia. Dla Doby była jedną z wielu, o których w kraju niemal nie mówiono, bo prawdziwą sławę – i to dopiero na kilka lat przed śmiercią – przyniósł mu ocean.
Inżynier z Polic
Doba nie był zawodowym sportowcem ani zawodowym podróżnikiem. Skończył Politechnikę Poznańską, całe zawodowe życie przepracował w Zakładach Chemicznych w Policach pod Szczecinem i stamtąd przeszedł na emeryturę. Kajakiem zaczął pływać dość późno, około 1980 roku, w klubie Alchemik Police i w szczecińskim Pluskonie, ale szybko zdobył złotą odznakę turystyki kajakowej, jedną z nielicznych w kraju.
To ważny rys tej biografii: wszystko, co przyszło później, Doba robił poza etatem, po godzinach i w czasie urlopów, a wielkie wyprawy zaczął na dobre dopiero na emeryturze, w wieku, w którym większość ludzi dawno zeszła z wody. Kajak był dla niego sposobem na życie.
Przekątna Polski i cała Wisła
W kwietniu 1989 roku przepłynął Polskę po przekątnej, z Przemyśla do Świnoujścia, tysiąc sto osiemdziesiąt dziewięć kilometrów w trzynaście dni. Ale to był tylko początek jego najlepszego sezonu: w ciągu tego samego roku ustanowił rekord liczby kilometrów przepłyniętych kajakiem, ponad pięć tysięcy, w większości nowymi dla siebie szlakami, spędzając na wodzie sto osiem dni. Dwa lata później, w 1991, jako pierwszy kajakarz pokonał całą Wisłę i polski odcinek granic, opływając kraj po jego rzekach i wybrzeżu.
Zanim Doba zmierzył się z oceanem, poznał polską wodę tak, jak mało kto. Przepłynął ją w każdą stronę, w każdej porze, na tyle dokładnie, że w kraju zabrakło mu już nowych rzek.
Dookoła Bałtyku
W 1999 roku porwał się na coś znacznie większego. Od 21 czerwca do 9 września samotnie opłynął Bałtyk, wypływając z Polic i po osiemdziesięciu dniach wracając do Polic. Cztery tysiące dwieście dwadzieścia siedem kilometrów, wzdłuż brzegów kilkunastu krajów: przez Bornholm, szwedzkie wybrzeże, Sztokholm, Wyspy Alandzkie, Finlandię, Tallin, Rygę, Litwę, Kaliningrad i z powrotem przez Gdańsk i polskie porty. Morski kajak na otwartej wodzie to zupełnie inny żywioł niż rzeka: liczy się wiatr, fala od burty i długie godziny bez miejsca, w którym dałoby się bezpiecznie wylądować.
Rok później, w 2000, pociągnął jeszcze dalej na północ. Z Polic do Narwiku, daleko za koło podbiegunowe, pięć tysięcy trzysta sześćdziesiąt dziewięć kilometrów w sto jeden dni, wzdłuż wybrzeży Niemiec, Danii, Szwecji i całej poszarpanej fiordami Norwegii.
Bajkał
Bajkał w 2009 roku był wyprawą innego rodzaju. Nie chodziło o odległość między dwoma punktami, tylko o okrążenie jeziora po jego linii brzegowej, kajakiem składanym, który dało się przewieźć samolotem na Syberię. Tysiąc dziewięćset pięćdziesiąt cztery kilometry i czterdzieści jeden dni wzdłuż brzegów akwenu, który mieści piątą część słodkiej wody świata i potrafi w kilka minut zamienić się z tafli w morze. Wcześniej, w 2008 roku, Doba próbował jeszcze przepłynąć kanał La Manche, ale tę próbę przerwała burza.
Szkoła przed oceanem
Dopiero po tych wszystkich trasach, mając sześćdziesiąt cztery lata, Doba wypłynął po raz pierwszy przez Atlantyk. Lata na Wiśle, na Bałtyku i na Bajkale nauczyły go samotności na wodzie, planowania zapasów na tygodnie i znoszenia dnia po dniu w jednej pozycji, bez lądu na horyzoncie. Trzy oceaniczne przeprawy, które przyniosły mu światową sławę, były konsekwencją tych dwudziestu lat, nie ich początkiem.