Najwyższa góra świata zbiera na swoich lodowcach ogromne ilości wody, a ta musi gdzieś spłynąć. Spływa między innymi rzeką Dudh Kosi, która z rejonu Everestu przedziera się w dół przez jedne z najgłębszych dolin Himalajów. Nazwa znaczy mniej więcej mleczna rzeka, od barwy wody gęstej od lodowcowego pyłu. W kajakarstwie górskim Dudh Kosi ma jednak inne miano: bezlitosna rzeka Everestu.
W 2003 roku do Nepalu wyruszyła polska wyprawa Himalayak. Jej celem było pierwsze polskie przepłynięcie Dudh Kosi, a następnie eksploracja dwóch kolejnych wielkich rzek dorzecza Kosi. Za przedsięwzięciem stało krakowskie środowisko kajakarstwa górskiego – kolebka wielu polskich wypraw na najdziksze rzeki świata.
Ekipa z Krakowa
Wyprawę zorganizowała Szkoła Kajakarstwa Górskiego i Raftingu Retendo, wywodząca się z Akademickiego Klubu Turystyki Kajakowej Bystrze. Kierował nią Piotr Sikora, a zespół liczył siedem osób: sześć płynęło, jedna zapewniała wsparcie z lądu. Byli to ludzie, dla których trudna woda była codziennością, a nie jednorazową przygodą.
Krakowskie Bystrze to nazwa, która w polskim kajakarstwie górskim znaczy bardzo wiele. Z tego samego środowiska wyszli ludzie, którzy pływali po najtrudniejszych rzekach obu Ameryk. Himalayak był kolejnym ogniwem tej tradycji: raz na jakiś czas ktoś z tego kręgu wybierał sobie rzekę, po której Polacy jeszcze nie płynęli i po prostu tam jechał.
Bezlitosna rzeka Everestu
Dudh Kosi płynie doliną, którą wędrują trekkingowicze idący pod Everest, przez okolice Namche Bazar, głównej osady Szerpów. To, co dla piechura jest malowniczą wstęgą w dole, dla kajakarza jest ciągiem trudności ułożonych jedna za drugą. Rzeka spada w dolnym biegu o czterdzieści metrów na kilometr i osiąga trudność od czwartej klasy wzwyż, z miejscami najtrudniejszej, szóstej.
Żeby w ogóle zacząć spływ, trzeba było najpierw wnieść kajaki wysoko w góry, tam gdzie rzeka jest jeszcze wąska, a potem spływać z nią w dół, tracąc wysokość znacznie szybciej niż na jakiejkolwiek europejskiej rzece. Program obejmował około sześćdziesięciu ośmiu kilometrów Dudh Kosi, licząc od mostu Basa na wysokości mniej więcej tysiąca dwustu metrów.
Nie pierwsi na świecie, ale pierwsi z Polski
Warto oddzielić polskie pierwszeństwo od światowego, bo łatwo tu o nieścisłość. W 1973 roku rzekę Dudh Kosi pokonał zespół czechosłowacki, a w 1976 roku zmierzyła się z nią legendarna brytyjska wyprawa Mike'a Jonesa. Ta druga przeszła do historii sportu jako przykład skrajnego ryzyka: do końca, do ujścia Dudh Kosi w Sun Kosi, dotrwały tylko dwie z jedenastu łodzi.
Polacy w 2003 roku dokonali więc pierwszego polskiego przepłynięcia tej rzeki, a nie pierwszego w ogóle. To jednak wciąż ogromny wyczyn!
Najpierw wysoko w górę
Żeby popłynąć Dudh Kosi, trzeba było najpierw wejść z całym sprzętem w górę jej biegu. W Himalajach nie podjeżdża się do rzeki samochodem. Kajaki i ekwipunek wnosi się w górę tygodniami, ścieżkami, którymi idą tragarze i jaki, coraz wyżej, gdzie powietrza jest coraz mniej. Sam dojazd do startu był więc wyprawą w wyprawie, a organizm musiał się zaaklimatyzować, zanim jeszcze dotknął wiosła.
Woda spod lodowca jest lodowato zimna i gęsta od skalnego pyłu, który nadaje jej mleczną barwę. Dolina Dudh Kosi znana jest też z gwałtownych powodzi lodowcowych, schodzących bez ostrzeżenia, gdy pęka naturalna zapora wysoko położonego jeziora polodowcowego. Taka fala potrafi w kilka godzin podnieść poziom rzeki o metry i zmienić spokojny odcinek w śmiertelną pułapkę. Było to dodatkowe, z pozoru niewidoczne ryzyko.
Trzy rzeki, trzy charaktery
Wyprawa zmierzyła się z trzema rzekami dorzecza Kosi, z których każda miała inny charakter. Bhote Kosi uczestnicy opisywali jako maszynę do pinballa, w której kajakarz jest kulką, a spływ nią porównywali do spłukiwania w toalecie pod gołym niebem. To rzeka ciasna, gwałtowna, techniczna, gdzie wszystko dzieje się szybko i blisko skał.
Sun Kosi była jej przeciwieństwem. Przy przepływie rzędu czterystu metrów sześciennych na sekundę i długości około stu dwudziestu siedmiu kilometrów przypominała raczej kajakowanie na oceanie, z wielkimi falami walącymi się na płynących. Zamiast ciasnych progów były tu potężne masy wody i długie, wielodniowe przejście. Dudh Kosi łączyła jedno i drugie: strome, techniczne odcinki w głębokim wąwozie, w otoczeniu najwyższych gór świata.
Co znaczy szósta klasa
W kajakarstwie górskim trudność wody ocenia się w skali od pierwszej do szóstej klasy. Pierwsza to spokojny nurt, czwarta to już wymagająca, techniczna jazda, przy której trzeba pewnie panować nad łodzią. Szósta klasa oznacza wodę na granicy przepływalności, gdzie pojedynczy błąd grozi najpoważniejszymi skutkami, a wielu miejsc w ogóle się nie płynie, tylko obnosi brzegiem.
Spadek czterdziestu metrów na kilometr daje wyobrażenie o stromiźnie. Rzeka na takim odcinku raczej spada, niż płynie, a woda pędzi w dół tak, że kolejne progi zlewają się w jeden ciąg. Do tego dochodzi wysokość, chłód wody prosto spod lodowców i świadomość, że najbliższa pomoc jest wiele dni drogi stąd.
Dla porównania, na polskich rzekach górskich, takich jak Dunajec czy Poprad, trudność rzadko przekracza drugą, trzecią klasę. Skok do wody, która miejscami sięga szóstej, i to na wysokości, w chłodzie i w oddaleniu od jakiejkolwiek cywilizacji, pokazuje, jak duży był to przeskok dla ekipy przyzwyczajonej do europejskich warunków.
Dolina Szerpów
Tło tej wyprawy jest równie ważne. Dolina Dudh Kosi to serce krainy Szerpów, ludu, który zasłynął z pomocy w himalajskich wyprawach wysokogórskich. Tędy prowadzi najbardziej znany szlak trekkingowy świata, ku bazie pod Everestem. Kajakarze oglądali tę dolinę z perspektywy, której nikt inny nie zna: z poziomu rzeki, patrząc w górę na ściany, klasztory i wioski, mijając ośmiotysięczniki, z wnętrza wąwozu, którym spływa lodowcowa woda.
Nagroda i ślad
Wyprawa została doceniona na najważniejszym polskim przeglądzie podróżników. Na Kolosach za 2003 rok Himalayak dostał wyróżnienie w kategorii Wyczyn Roku oraz Nagrodę Dziennikarzy. To rzadkie, by jedna wyprawa dostała oba te wyróżnienia naraz i mówi coś o tym, jak odebrano polski spływ bezlitosną rzeką Everestu.
Z Himalayaka został film zmontowany przez uczestnika oraz relacje krakowskiej Kroniki Krakowskiej, nakręcone przed wyjazdem i po powrocie. To głównie dzięki takim zapisom pamięć o tej wyprawie w ogóle przetrwała, bo poza środowiskiem kajakowym niewiele się o niej mówiło.
To samo pokolenie, co Colca i Kolorado
Ludzie z Himalayaka należeli do tego samego krakowskiego środowiska, które stało za innymi polskimi wyprawami na dzikie rzeki. Jednym z uczestników był Łukasz Pająk, kajakarz i filmowiec z klubu Bystrze. Wcześniej płynął w kanionie Colca w 2002 roku, a wiele lat później był w polskiej ekipie na Kolorado w Wielkim Kanionie w 2013 roku. Ten sam człowiek sfilmował też wyprawę do źródeł Nilu.
Warto docenić, jak niewielkim kosztem powstawały te wyprawy. Nie stały za nimi wielkie budżety ani sztaby specjalistów, tylko grupa zapaleńców, która sama zdobywała sprzęt, pieniądze i pozwolenia, a potem jechała na drugi koniec świata mierzyć się z najtrudniejszą wodą. Himalayak wpisuje się w tę samą, uparcie oddolną tradycję polskiego kajakarstwa górskiego, w której liczyły się determinacja i umiejętności, a nie zaplecze.
Płynęli przy tym rzeką, która dla milionów ludzi jest symbolem najwyższych gór, a którą oni oglądali od podszewki, z jej dna. Mijali wiszące mosty, po których szli trekkingowicze zmierzający pod Everest i wioski przyklejone do stromych zboczy.
To ci sami ludzie, wracający raz po raz tam, gdzie woda jest trudna i mało znana, tyle że tym razem u stóp najwyższej góry świata. Każda z tych wypraw dokładała kolejny rozdział do tej samej, ciągnącej się przez dekady opowieści o polskim kajakarstwie eksploracyjnym, a Himalayak jest jednym z jej najmocniejszych fragmentów.