fot. LxAndrew, Wikimedia Commons (CC BY-SA 4.0)

Lena 2003. Kajakami przez Syberię do Morza Łaptiewów

W dolnym biegu Leny, już blisko Oceanu Arktycznego, wiatr potrafił w kilka minut zmienić kierunek z południowego na północny i spiętrzyć wodę. Płynęli tamtędy w 2003 roku trzej Polacy w dwóch kajakach: ksiądz, jego brat i jeszcze jeden towarzysz. Za sobą mieli większość z 4400 kilometrów najdłuższej rzeki Syberii, a przed sobą morze.

13 min czytania

Lena należy do najdłuższych rzek świata. Zaczyna się w górach nad Bajkałem i płynie przez całą wschodnią Syberię na północ, aż do Morza Łaptiewów, będącego częścią Oceanu Arktycznego. Przez większą część biegu nie towarzyszą jej ani drogi, ani mosty, tylko tajga, wieczna zmarzlina i rozrzucone co kilkaset kilometrów osady. To rzeka, którą mierzy się nie w kilometrach, lecz w tygodniach.

Latem 2003 roku postanowili pokonać ją kajakiem trzej Polacy: ksiądz Dariusz Sańko, jego rodzony brat Tomasz i Piotr Mozyro. Chcieli przepłynąć całą część rzeki dostępną dla łodzi, od Kaczugi w górnym biegu do Tiksi u samego ujścia. Wyszło z tego siedemdziesiąt dwa dni na wodzie i około 4400 kilometrów.

Ksiądz i podróżnik

Pomysłodawcą i organizatorem wyprawy był Dariusz Sańko, ksiądz i podróżnik w jednej osobie. To on wciągnął w to bliskich sobie ludzi. Zabrał rodzonego brata Tomasza i Piotra Mozyrę, który płynął jako fotograf i miał utrwalić to, czego dokonają.

Sańko należał do ludzi, którzy w podróży bardziej cenili odkrywanie niż podążanie za cudzymi śladami. Dlatego zamiast gotowych, opisanych tras wybierał miejsca, które nie miały jeszcze swojej kajakarskiej historii. Lena była jednym z nich – znana z atlasów, a jednocześnie dla polskich kajakarzy zupełnie nieoswojona.

Trzecie podejście

Dla Sańki nie była to pierwsza próba. Do Leny podchodził już trzeci raz. Dwie wcześniejsze wyprawy, w 2001 i 2002 roku, nie doszły do skutku, a droga na tę rzekę okazała się wyboista, jeszcze zanim ktokolwiek zanurzył wiosło w jej wodzie.

Podczas nieudanej próby w 2001 roku uczestnicy zostali aresztowani pod zarzutem nielegalnego przebywania na wodach terytorialnych Ukrainy. Zamiast wracać z niczym, przenieśli się nad Bajkał i w dwadzieścia pięć dni przepłynęli całe jego wschodnie wybrzeże. Największe i najgłębsze jezioro świata było dla nich rodzajem przymiarki. Prawdziwym celem pozostawała Lena, która z Bajkałem sąsiaduje i z tych samych gór bierze początek.

Z Kaczugi w dół

Spływ ruszył na początku czerwca 2003 roku z Kaczugi w górnym biegu, gdzie Lena jest jeszcze wąska i płytka, daleka od potęgi, którą osiąga na północy. Stamtąd trasa prowadziła nieprzerwanie w dół, przez Ust-Kut, Kireńsk, Leńsk, Olekmińsk, Jakuck, Sangar i Żigańsk, aż do Tiksi nad Morzem Łaptiewów. Położenie kolejnych punktów notowali odbiornikiem GPS, bo na znaki na brzegu nie było co liczyć.

Nazwy tych miejscowości niewiele mówią nam w Europie, a każda z nich to samotny punkt w tajdze, oddalony od następnego o wiele godzin, czasem dni wiosłowania. Jakuck, stolica Jakucji, uchodzi za jedno z najzimniejszych miast świata. Między osadami rozciągały się setki kilometrów pustki, po której płynęli sami, zdani wyłącznie na siebie i na to, co uda się złowić albo dostać od napotkanych ludzi.

Pierwsi kajakami

W zapiskach uczestników przewija się zdanie, że przepłynęli Lenę jako pierwsi. Warto być tu precyzyjnym. Było to pierwsze udokumentowane przepłynięcie rzeki kajakami. Pięć lat wcześniej, w 1998 roku, Lenę pokonał pontonem Roman Koperski, więc nie byli pierwszymi ludźmi na tej wodzie. Kajakami tą trasą, od górnego biegu po arktyczne ujście, nie płynął jednak przed nimi nikt. Ta różnica, ponton kontra kajak, w świecie długodystansowych spływów znaczy bardzo wiele.

Ludzie rzeki

Przez większość czasu brzegi były puste, więc każde spotkanie z człowiekiem zapadało w pamięć tym mocniej. Mijali Jakutów, rdzennych mieszkańców tej ziemi, samotnych meteorologów na odległych stacjach, którzy dzielili się z płynącymi kawiorem i chlebem, oraz traperów żyjących z tego, co ma do zaoferowania rzeka i tajga. Gościnność na takim odludziu bywa bezwarunkowa, bo tu każdy wie, co znaczy być samemu daleko od ludzi.

Rozmowy schodziły często na kradzieże i biedę, jakie przyszły na Syberię po rozpadzie Związku Radzieckiego. Dekadę po upadku imperium życie w tych stronach było ciężkie, a pomoc państwa sprowadzała się głównie do patroli pograniczników i wojska. Kajakarze przepływali przez świat, który dopiero układał się na nowo i słuchali opowieści ludzi, dla których ta rzeka była całym dostępnym światem.

Codzienność na wodzie

Dzień na Lenie miał swój rytm. Rano trzeba było ocenić pogodę, spakować mokry obóz i wypłynąć, dopóki woda była spokojna. W ujściach bocznych strumieni ryby stały tak gęsto, że łowiono je niemal gołymi rękami, co przy kończących się zapasach bywało ratunkiem. Latem na tej szerokości słońce prawie nie zachodzi, więc granica między dniem a nocą się zaciera, a czas mierzy się raczej zmęczeniem niż zegarem.

Były też utrapienia mniejsze niż niedźwiedzie, za to uporczywe. Komary i gzy potrafią na syberyjskim odludziu zmącić spokój bardziej niż chłód, nad rzeką sunął czasem dym palącej się tajgi, przypominając, że pożary są tu latem częścią krajobrazu. To wszystko składało się na codzienność, w której samo trwanie było już wysiłkiem.

Niedźwiedzie

Stałym towarzyszem wyprawy był strach przed niedźwiedziami. Jakuci opowiadali im o myśliwych, na których zwierzę napadło i których zabiło. Nocą, pod cienkim płótnem namiotu, uczestnicy słyszeli kroki dużego zwierzęcia krążącego wokół obozu. W jednym z miejsc kręcił się oswojony niedźwiedź, który bez pardonu podkradał jedzenie.

W kulturze jakuckiej niedźwiedź bywa uznawany za zwierzę święte, otoczone szacunkiem i budzące lęk zarazem. Dla trzech Polaków w namiocie nad rzeką był przede wszystkim realnym zagrożeniem, przed którym trudno się obronić. Na tak długiej trasie każda noc przynosiła to samo pytanie: czy ta będzie równie spokojna jak poprzednia i rano spotkamy się z komplecie?

Sztormy dolnej Leny

Im bliżej ujścia, tym rzeka stawała się groźniejsza. W dolnym biegu Lena rozlewa się na taką szerokość, że przeciwległego brzegu często nie widać, a zachowuje się już nie jak rzeka, lecz jak morze. A skoro morze, to i sztorm. Jeden z nich, z nagłą zmianą wiatru z południowego na północny, przewyższał wszystko, co widzieli wcześniej. Północny wiatr podnosił wodę w nieregularne, niemal pionowe ściany, przez które trzeba było się przebijać.

Wiatr wracał zresztą w zapiskach z tej części trasy nieustannie. To on, bardziej niż nurt, decydował o tym, ile uda się przepłynąć danego dnia i czy w ogóle warto wypływać. Na otwartej, arktycznej wodzie pomyłka w ocenie pogody mogła kosztować życie.

W takich właśnie warunkach kajak Tomka i Piotrka o mało nie został wywrócony przez trąbę powietrzną. Udało im się opanować przechylającą się łódź dopiero w ostatniej chwili. Wywrotka na tak dużej, zimnej wodzie, z dala od brzegu i od jakiejkolwiek pomocy, mogła się skończyć tragicznie, i oni doskonale zdawali sobie z tego sprawę.

Delta, Stołb i strefa zamknięta

Koniec rzeki wyznaczał charakterystyczny słup skalny Stołb, sterczący samotnie u progu ogromnej delty Leny. Dla płynących był to znak, że rzeka się kończy, a zaczyna coś jeszcze większego. Delta Leny to jeden z największych takich obszarów na Ziemi, labirynt odnóg, wysp i płycizn, za którym rozpościera się już tylko lodowate morze.

Finisz w Tiksi, w zamkniętej strefie wojskowej nad Łaptiewami, wiązał się z zupełnie innym niż na rzece lękiem, tym razem przed pogranicznikami i wojskiem. Tam spotkali Romana Koperskiego, tego samego, który pokonał Lenę pontonem oraz marynarzy, którzy odradzali im wypływanie na morze i opowiadali, jak potrafi ono karać nieostrożnych. Po siedemdziesięciu dwóch dniach na wodzie dotarli do miejsca, z którego dalej jest już tylko Arktyka.

Epilog

Za swój wyczyn wyprawa dostała wyróżnienie w kategorii Wyczyn Roku na Kolosach, najważniejszym polskim przeglądzie podróżników, w edycji za 2003 rok. W środowisku eksploratorów przepłynięcie Leny kajakiem zostało docenione. Poza tym środowiskiem, jak to często bywa z polskimi wyprawami, mówiło się o nim niewiele.

Dariusz Sańko nie zdążył opowiedzieć wielu kolejnych historii. W lutym 2006 roku zginął w Gruzji, w Kaukazie, podczas próby wejścia na Kazbek, razem z drugim księdzem, Szymonem Klimaszewskim. Ich ciała odnaleziono pod koniec lutego.

Zapiski z jego podróży, w tym z Leny, ukazały się później w książce, a relacje utrwalono na filmie. Dziś to głównie ten pamiętnik i te nagrania są śladem po spływie, którego dokonało trzech ludzi z Polski, przekonanych, że najciekawsze jest to, czego jeszcze nikt nie opisał.

Najczęstsze pytania o kajakową wyprawę na Lenę:

Kto przepłynął Lenę kajakiem w 2003 roku?
Ksiądz Dariusz Sańko, pomysłodawca i organizator wyprawy, jego rodzony brat Tomasz oraz Piotr Mozyro, który płynął jako fotograf.
Jaką trasę pokonali i jak długo?
Około czterech tysięcy czterystu kilometrów z Kaczugi na górnej Lenie do Tiksi nad Morzem Łaptiewów, w siedemdziesiąt dwa dni.
Czy byli pierwsi na Lenie?
Było to pierwsze udokumentowane przepłynięcie Leny kajakami. Wcześniej, w 1998 roku, rzekę pokonał pontonem Roman Koperski.
Co się stało z Dariuszem Sańką?
Zginął w lutym 2006 roku w Gruzji, podczas próby wejścia na Kazbek, razem z drugim księdzem, Szymonem Klimaszewskim.

Lubisz odkrywać nowe miejsca?

Zamów newsletter, a raz lub dwa razy w miesiącu dostaniesz na maila Magazyn Stan Wody, pełen opowieści i inspiracji.